1

2

3

4

5

 

Najnowsza Fedora najgorszą?

Osiemnasta wersja popularnego (i wspieranego przez firmę Red Hat, długo produkującą swojego własnego Linuxa) systemu opartego na jądrze Linuxa – Fedora – właśnie ujrzała światło dzienne. Spherical Cow, bo tak nazywa się kodowo ta odsłona, miała mieć premierę jeszcze w listopadzie zeszłego roku, jednak po wielu perturbacjach, zmianach planów i przesunięciach, ukazała się dopiero niedawno. Zadowolić powinna użytkowników Windowsów, ponieważ bezproblemowo potrafi podzielić dyski na partycje i wydzielić miejsce dla siebie, zapewniając idealną symbiozę. Instalator także uległ uproszczeniu, co jest kolejnym krokiem w walce z opinią, jakoby Linux był jedynie dla wysoce wyspecjalizowanych informatyków lub ludzi z olbrzymim zapleczem czasowym. Podstawowym środowiskiem pracy jest GNOME w wersji 3.6.2, dla wielu będącym lepszym odpowiednikiem również dostępnego KDE (oprócz tego można wybierać jeszcze LXDE lub XFCE). Jądro oparte jest na Linuxie 3.6.11, domyślna przeglądarka to Firefox 18, a pakiet biurowy – LibreOffice 3.6.3.2. To jednak teoria. W praktyce Alan Cox, jeden z najważniejszych ludzi odpowiedzialnych za samo powstanie Linuxa, skrytykował system doszczętnie, twierdząc, że to najgorsza i najbardziej zapełniona błędami dystrybucja, jaką widział. Dodał, że twórcy zamiast poprawić błędy z przeszłości, zignorowali je i dorzucili jeszcze sporo nowych. W zamian, Cox sugeruje instalację innej dystrybucji – Ubuntu.

Microsoft obniża ceny biurówek

Pakiet biurowy Microsoft Office to najbardziej znany zbiór aplikacji dostępny na komputery. Możliwe, że popularniejszy od samego Windowsa, bo Office dostępny jest nawet na komputery pracujące z systemami Apple Mac OS X. Dla wielu jednak dostęp do tego świetnego pakietu był utrudniony przez cenę. Microsoft uznał jednak, że najwyższy czas pozwolić i tym mniej zamożnym poznać i mieć na własność tę paczkę. Rozwiązanie to usługa w chmurze (czyli programy, których nie instalujemy na dysku, a korzystamy z nich przez Internet). Dla kupujących gigant z Redmond przygotował dodatkowo 20 gigabajtów miejsca na dokumenty w systemie SkyDrive, sześćdziesiąt minut miesięcznie na rozmowy telefoniczne poprzez Skype i – co najważniejsze – licencje na korzystanie z pakietu na pięciu komputerach (PC lub Mac) i pięciu urządzeniach mobilnych (telefony z systemem Windows, tablety). Kupujący w pakiecie otrzymają wszystkie programy wchodzące w jego skład, czyli Word, Excel, PowerPoint, Access i wiele innych. Ten krok pozwala Microsoftowi wejść w erę usług w chmurze, która wyklucza problemy z aktualizacjami i piractwem, ale jednocześnie wymaga ciągłego (i szybkiego) dostępu do Internetu. Oferta Office 365 skierowana jest do użytkowników domowych. Dla studentów również pojawiła się promocja – obejmuje jeszcze tańsze pakiety. Jednocześnie tanieje pakiet Office 2013, który otrzyma warianty „Dla małych firm”, „Dla uczniów”, „Dla domu” i „Professional”.

Koniec ze stacjonarkami?

Amerykańska firma Intel to znany każdemu sympatykowi komputerowej branży producent procesorów najwyższej klasy. Produkują oni jednak także płyty główne dla swoich flagowych wydawnictw. Możliwe, że już niedługo. Najwyraźniej konkurencja ze strony ASUS, Gigabyte, MSI czy ASRock nie działa stymulująco, a wręcz przeciwnie. W ciągu najbliższych trzech lat (czyli do końca 2015 roku) Intel ma zamiar zaprzestać produkcji płyt głównych pod swoje procesory. Ostatnią firmowaną przez nich serią będą układy wspierające ich najnowsze dziecko – procesory wielordzeniowe nazwane kodowo Haskell (kolejne już po późnym Pentium i Core układy mające więcej niż jeden rdzeń). Jednocześnie Intel zapewnia, że będzie nadal dostarczał chipsety dla firm trzecich, by te mogły produkować płyty główne jeszcze długo po tym, jak oni tego zaprzestaną. Teraz produkować będą jedynie procesory i rozwiązania dla komputerów przenośnych, telefonów i tabletów. Intel dał się poznać jako solidny dostawca najlepszych rozwiązań w kwestii wydajności produkując najbardziej znane na świecie procesory serii Pentium (szczególną estymą cieszy się wersja trzecia, będąca najchętniej kupowaną i najlepiej ocenianą). Nigdy jednak nie szło to w parze z ceną (w myśl zasady „płacisz – wymagasz”). Budżetowe rozwiązania oferowało AMD, jednak – mimo że liczby się zgadzały – ich produkty nigdy nie osiągały ani takiej wydajności, ani stabilności, jak konkurencji.

Kolejny następca notebooka

Jeszcze nie tak dawno laptopy – lub, jak kto woli, notebooki – były szczytem marzeń wielu osób. Relatywnie mały, elegancki i wygodny zamiast dużego, niezbyt efektownego pudła i wielkiego monitora na biurku. Kiedy coraz więcej osób zaczęło jednak dostrzegać wady przenośnych stacji pracy (takich jak waga, krótki czas pracy na baterii czy bardziej prozaiczne – możliwość kradzieży czy łatwego uszkodzenia), producenci wyszli naprzeciw z netbookami. Komputery te są dużo mniejsze (niektórzy noszą je w kieszeni bojówek), mniej wydajne ale i mniej wymagające (mało prądu równa się dłuższy czas życia baterii), lekkie i atrakcyjne wizualnie (różna obudowy, nierzadko kolorowe, a także możliwość stosowania zmywalnych naklejek itd.), z niską ceną. Ale i to przejadło się konsumentom. Teraz producenci wyszli z nowym pomysłem, który zaciekawił szczególnie fanów amerykańskiego koncernu Google. Powstają pierwsze komputerki (jedenastocalowe wyświetlacze, procesory taktowane zegarem jednego gigaherca i dwa gigabajty pamięci RAM to dziś nie jest pełnoprawny komputer) oparte o system… Google Chrome OS, czyli taki, który swój początek miał w przeglądarce internetowej Google Chrome. Działa on podobnie jak przeglądarka i jego najważniejszym zadaniem jest współpraca z aplikacjami internetowymi od Google’a. Idealnie nadaje się do pracy, ponieważ obsługuje cały pakiet biurowy Google, czyli m.in. edytor tekstu i arkusz kalkulacyjny.

Chłód dostępny dla każdego

Dobre chłodzenie kiedyś oznaczało wiatrak na procesorze. Nawet najmniejszy, dosłownie malutki zapewniał potrzebne ochłodzenie mózgu komputera. Radiator na chipie w karcie graficznej i drugi wentylator w zasilaczu były szczytem chłodzenia. Ale, wraz z jedzeniem rośnie i apetyt. Producenci zaczęli wypuszczać na rynek coraz bardziej „gorące” (czyli wydające dużo ciepła) procesory, karty graficzne, czy nawet dyski twarde. W końcu pojawiła się konieczność montowania wielkich i głośnych chłodzeń. Jednak wszystko było zamknięte w ciasnej, kremowej lub czarnej skrzynce, z której powietrze uchodzi jedynie przez szpary. I na to znaleziono rozwiązanie. Nowe obudowy oferują wejścia na wentylatory. Produkty firmy CoolerMaster pozwalają na zamontowanie do sześciu wentylatorów o średnicy stu dwudziestu milimetrów i jednego dwukrotnie większego (dwieście czterdzieści milimetrów). Mało tego, wentylatory można też instalować wewnątrz. Chłodzenie skierowane jest na kieszenie dla dysków twardych (które stają się coraz szybsze, przez co talerze wewnątrz generują więcej ciepła). Jeżeli dysków nie ma, schłodzone powietrze idzie dalej, w kierunku płyty głównej i procesora. Dzięki dużym wymiarom obudów od CoolerMastera, zmieścić można tam nawet największe karty graficzne z olbrzymimi wentylatorami. Obudowa jest wyposażona w system inteligentnego prowadzenia kabli, przez co uniknąć można uciążliwej plątaniny.

Grafika bez nowego zasilacza

Fani dobrej grafiki w grach niemalże codziennie stają przed problemem wydajności w swoich maszynach. Kiedy w końcu zdobędą karty pozwalające na osiągnięcie zadowalających wyników w benchmarkach i najnowszych, zasobożernych grach takich jak nadchodzący „Crysis 3” czy gry ze stajni Codemasters (np. „DiRT”), pojawia się kolejna bolączka. By zasilić takiego potwora, nierzadko trzeba nowego zasilacza, który będzie oferował osobne zasilanie dla karty (dawniej zasilało się płytę główną, która rozdzielała moc na procesor i karty rozszerzeń, a osobne wejścia miały jedynie dyski i napędy). NVidia, światowy lider w kwestii rozwiązań graficznych ma na to sposób. Najnowsze dziecko Amerykanów – GeForce GTX650-E-1GD5 opracowana we współpracy ze znanymi ze świetnych płyt głównych fachowcami z ASUS nie będzie wymagać dodatkowego zasilania. 60 watów, które złącze PCI-Express udziela sprzętowi w zupełności wystarczy. Ucieszy to szczególnie tych, którzy w wyścigu o najszybszy sprzęt stoją z boku lub biegną ostatni ze względu na fundusze. Karty wyposażone będą procesory graficzne tworzone w technologii 28 nanometrów, która jest idealnym kompromisem na linii cena – jakość. ASUS – znany z dbałości – wyposaża dodatkowo sprzęt w komponenty Super Alloy Power, co pozwala zwiększyć ich żywotność wielokrotnie – szacuje się, że pięćdziesiąt tysięcy godzin to okolice limitu wytrzymałości (nawet podkręconej karty).

Małe nie znaczy gorsze

Konsole do gier od kilku lat przechodzą prostą drogą transformację rozmiaru. Od dużej wersji, do mniejszej, a czasem do jeszcze mniejszej (jak PlayStation 3 z wersjami Fat, Slim i SuperSlim). Niektórzy jednak postanawiają wyprzedzić troszkę czas i od razu zaserwować minimalną formę. Na taki pomysł wpadła forma PlayJam, autor konsoli do gier GameStick. Co to takiego? To konsola uruchamiająca gry pisane dla systemu Android (czyli na telefony komórkowe i tablety). Ma w sobie procesor taktowany zegarem jeden gigaherc, jeden gigabajt DDR3 i osiem gigabajtów pamięci flash. Podłącza się ją pod HDMI, więc wysoka rozdzielczość również jest gwarantowana. Jednak najciekawsze tu jest co innego – to rozmiar. Połowa pudełka od zapałek, czyli coś, co przypomina zwykły pendrive to cała konsola. Do niej dołączany jest kontroler wyglądem przypominający ten dodawany do Nintendo Entertainment System, tylko lekko zmodyfikowany (grzybki analogowe), by odpowiadał dzisiejszym użytkownikom. Ciekawa jest kwestia, jak w ogóle GameStick rozpoczął żywot. Twórcy poprosili o pomoc… fanów. Serwis Kickstarter pozwala na nagranie niedługiego filmiku, gdzie można zamieszczać prośby i je motywować. Najwyraźniej fani mobilnej (pół-mobilnej, w końcu telewizor z wejściem USB jest potrzebny) rozrywki przyjęli pomysł z otwartymi ramionami, bo sto tysięcy dolarów, jakich PlayJam potrzebowali, znalazło się błyskawicznie.

Samsung znowu zaskakuje telefonem

Koreański koncern Samsung zaskoczył cały świat, kiedy w wyścigu o portfele klientów prześcignął króla smartphone’ów, amerykańskiego giganta Apple. Teraz w planach jest kolejne, jeszcze większe zaskoczenie, na które inni producenci odpowiedzą tylko westchnieniem. Pięciocalowy wyświetlacz AMOLED o rozdzielczości 1920×1080 (czyli taką, jaką oferują najnowsze telewizory), kamera kręcąca w takiej rozdzielczości, ośmiordzeniowy procesor o sile 2 gigaherców, 2 gigabajty pamięci RAM DDR3 i minimum 16 gigabajtów pamięci wewnętrznej robi wrażenie nawet na najbardziej zatwardziałych fanach innych marek. Do tego trzynaście megapikseli w aparacie z tyłu i dwa w tym zamontowanym z przodu (m.in. do funkcji lusterko czy Skype). Do tego głośniki zamontowane nie z tyłu, lecz z przodu (telefon będzie mógł leżeć „normalnie” podczas puszczania muzyki). Metalowa, lekka ale i odporna na uszkodzenia obudowa i ekran Corning Gorilla Glass 3 sprawi, że telefon Samsung Galaxy S IV przestanie być – jak poprzednicy – drogą zabawką, którą strach trzymać w kieszeni czy położyć blisko brzegu biurka. Jak widać, nawet fakt, że Apple wygrał proces patentowy i zażądał od Samsunga jednego miliarda dolarów nie spowolnił pracy Koreańczyków. Telefon Samsung Galaxy S IV z systeme Android 4.2 JellyBean Touchwiz do sklepów w Europie zachodniej wejdzie już w piętnastego marca bieżącego roku. Będzie to największy konkurent iPhone’a 5, który również ma mieć pięć cali.

Linux nowym Windowsem dla gier

Gabe Newell, jeden z najważniejszych ludzi w branży gier komputerowych i prezes firmy Valve ogłosił niedawno, że darmowe systemy oparte na technologii Linux (m.in. Debian, Ubuntu czy Fedora) mogą być idealną przepustką dla twórców gier. Valve ma zamiar stworzyć coś na wzór konsoli do gier, jednak działającej z grami komputerowymi, podpinaną do telewizora i korzystającą właśnie z przyjaznego użytkownikom systemu Linux Ubuntu. Nie wyjaśniono jeszcze, jakie podzespoły będzie mieć ten „komputer”, ale z pewnością będzie podatny na modernizacje. Newell dodał też, że odkąd przeszli na model free to play (czyli gry, w które grać można za darmo, a jedynie płacić za możliwość używania niektórych elementów), nie dość że zyskali sporo klientów, to zarabiają więcej. Najwyraźniej, ludzie wolą zapłacić w ratach za to co, co im potrzebne, a nie za to, czego niekoniecznie chcą. W swoim wystąpienia dodał też, że chce jeszcze uprościć model publikacji w swoim sklepie Steam. Skoro już teraz ludzie potrafią zrobić dodatek do gry, za który w sumie zarabiają nawet pół miliona dolarów, dlaczego nie ułatwić tego większej liczbie osób. Jedyna obawa sympatycznego Gabe’a Newella to amerykański gigant Apple. Plotki mówią, że i oni pracują nad swoją odpowiedzią na PlayStation i Xboksa, a z taką renomą (przynajmniej w USA), będzie ciężko ich pokonać. W końcu iPhone właśnie od Apple teoretycznie jest telefonem – praktycznie – minikomputerem – też do gier.

Wielkie fiasko Microsoftu

Oczekiwany od wielu miesięcy ósmy Windows był dla wielu osób nadzieją na rewolucję w sferze doświadczeń użytkowych. Tak się nie stało. Najnowsze dziecko Giganta z Redmond okazało się nie tyle niespełnionym marzeniem, co prawdziwą katastrofą. Bardzo niewielu użytkowników wystawia dobre świadectwo Windows 8. Głównym powodem jest całkowicie nowy interfejs Modern UI (dawniej Metro UI) oparty na kafelkach. Według wielu, taki sposób przedstawiania danych jest dobrym rozwiązaniem dla dużych ekranów dotykowych (czyli nawet nie dla tabletów o przekątnych ośmiu cali, a dla monitorów dotykowych mających przekątne i dwadzieścia cztery cale). Wówczas faktycznie może być to łatwe i przyjemne w obsłudze, bo teraz przejeżdżanie myszą po całym ekranie za każdym razem, gdy chce się coś wybrać, to problem. Programiści przewidzieli jednak, że system Modern UI nie przypadnie do gustu każdemu i zaimplementowali znany z poprzednich wersji systemu Windows styl „klasyczny”. Pozwala on przywrócić znane z wersji „Millenium”, „2000” a oparty jeszcze na wersji „95” wygląd szarego paska i klasycznego, wyglądającego jak wieżowiec menu „Start”. Niestety i tutaj pojawiają się głosy sprzeciwu. Z jednej strony – dlaczego ktoś ma płacić za nową wersję tylko po to, by w niej cofać się do przeszłości. Z drugiej – nowa „stara” wersja jest ponoć bardzo brzydka i nie przypomina miłej nostalgii, za którą przepada cała rzesza „starszych”.